Hasko
Dorota i Piotr Haśko. Właściciele domu nr 37.

Grażyna Hryncewicz-Lamber: Gdybyście mogli Państwo wybierać dom na WuWIE, czy wchodziłby w rachubę jakiś inny?
Dorota Haśko: Nie. Rozumiem, że są tu piękne domy w sąsiedztwie. W domu obok trudno się nie zachwycić tą częścią, która wchodzi do ogrodu, przeszkleniami i tarasem. Ale ten dom poznałam wewnątrz i od razu byłam „kupiona”. Wiedziałam, że nie zobaczę już nic piękniejszego od cylindrycznej formy salonu, widocznej w holu wejściowym, więc nie musiałam dalej szukać. On może na zewnątrz nie jest taki efektowny, tzn. teraz jest – ale wie Pani, jak wyglądał, kiedy oglądaliśmy go dawniej. Był zdewastowany. Kiedy zawzięliśmy się, żeby odtworzyć wygląd domu, nie spodziewaliśmy się takiego zainteresowania. Mamy tu i wycieczki, i indywidualnych zwiedzających. Nieraz, podjeżdżając do domu, słyszę komentarze ludzi, którzy tutaj przechodzą. I tak mi się ostatnio obiło o uszy, że ktoś pytał: ciekawe, czy to jest stary dom czy nowy?

GHL: Zainteresowało mnie to, co powiedział T. Boniecki, a mianowicie, że strasznie Państwu zależało na tym domu.
Piotr Haśko: Zgadza się, mieszkaliśmy długo na Biskupinie – ponad 20 lat, a ten dom to było takie oczko w głowie. Chodziliśmy koło niego i przypadkowo tak się kiedyś złożyło, że będąc na spacerze, spotkaliśmy pana, który porządkował tutaj ogród. Zacząłem z nim rozmowę i jakoś się udało po długich pertraktacjach…
DH: Prawie dwuletnich.
PH: Po dwu latach jakoś się udało dom kupić.
DH: Ale dom znaliśmy od 20 lat albo i dłużej, przecież z dzieckiem na spacer tu chodziliśmy, a dziecko mamy dorosłe. Na początku wydawał nam się niepozornym, takim sobie domkiem, bo był strasznie zdewastowany.
PH: Kupiliśmy dom po częściowym remoncie, niezgodnym w ogóle z myślą konserwatorską. Mamy zdjęcia sprzed remontu; stan tego domu dokumentowała osoba, od której go kupiliśmy. Człowiek ten z kolei nabył dom od pierwszych powojennych właścicieli.

GHL: Czyli dom nie był w jednych rękach od wojny?
PH: Nie, nie. Zachowaliśmy znalezioną w dokumentacji domu księgę meldunkową z 1946 roku Ten pan, od którego odkupiliśmy dom, był jego właścicielem przez 10 lat, przeprowadził częściowy remont w dosyć skomplikowanych warunkach, ponieważ dom zamieszkiwali poprzedni właściciele, którzy przy sprzedaży zachowali prawo dożywotniego zamieszkania. Dom się walił i lało im się już wtedy na głowę, tynki spadały. Tu, w dokumentacji z 1998 roku, widać skalę zniszczeń i dołączono kosztorys, opisujący zakres robót.

GHL: Aha, rozumiem. Państwo, którzy mieszkali u Państwa na dożywociu, to byli pierwsi powojenni właściciele domu?
PH: Tak właśnie. A nasz poprzednik zrobił remont bez żadnych zgód konserwatorskich, pozwoleń, bez projektu, ale nie zamieszkał tu. Może miał dość czekania i sprzedał nam dom.
DH: Kupując, liczyliśmy się z tym, że możemy długo czekać, ale tak zakochaliśmy się w tym domu, że byliśmy zdeterminowani. Kupiliśmy „na przeczekanie” mieszkanie w najbliższym możliwie sąsiedztwie – na ul. 9 Maja, żeby nie „dziadować” i doglądać dom z bliska.
PH: Mieć na oku.
DH: Mieć na oku. A swój poprzedni dom musieliśmy sprzedać… My nawet tu nie wchodziliśmy, nie chcąc stwarzać lokatorom – starszym ludziom – poczucia zagrożenia.
PH: Byliśmy tu tylko przed kupnem.
DH: Weszliśmy i ja już od razu wiedziałam, że zrobię absolutnie wszystko, żeby tu kiedyś zamieszkać, mimo że w środku był okropny zapach z powodu zagrzybienia, a lokatorzy mieszkali tylko w jednym pokoju – salonie. Kiedy zobaczyliśmy układ wnętrza, nie sprawdzaliśmy nawet stanu technicznego, byliśmy zdecydowani.
PH: Okna były wymienione, co prawda też drewniane, ale brązowe, najtańsze, z niezachowanymi podziałami, dach zupełnie przerobiony, nachylony pod innym kątem, zupełnie inna była bryła domu.
DH: Znaliśmy ten dom sprzed remontu przeprowadzonego w 1998 roku. To była totalna ruina, jak zresztą na zdjęciach widać. Natomiast potem, po remoncie ten dom stał się przedziwny: proporcje zostały zachwiane, stał się jakiś taki kurnikowaty. I nam się strasznie żal zrobiło tego domu: miejsce przecudne, ale tak zniekształcone. I kiedy nadarzyła się okazja kupienia domu, myśleliśmy o tym, żeby go przywrócić do dawnego wyglądu. Przy czym konserwator zabytków oczywiście też miał pomysł na to i nasza współpraca była chyba wzorcowa.

GHL: Trzeba było być chyba bardzo zakochanym w tym miejscu, żeby się odważyć na kupienie domu w stanie kompletnej ruiny.
DH: Tak, inni się bali.
PH: A jeszcze gmina miało prawo pierwokupu do zabytku.
DH: Tak, bardzo dużo ryzykowaliśmy, bo żeby kupić ten dom, przed podpisaniem umowy notarialnej musieliśmy sprzedać nasz poprzedni, a nie byliśmy pewni, czy miasto nie skorzysta z prawa pierwokupu.
PH: I czeka się na decyzję miasta ok. miesiąca, nie wiedząc, czy wykorzysta to prawo czy nie.
DH: Tak, zapłaciliśmy za dom i czekaliśmy. Gdyby gmina wykonała prawo pierwokupu, nie mielibyśmy ani jednego domu, ani drugiego, chociaż miasto zwróciłoby nam po jakimś czasie pieniądze.

GHL: W którym roku Państwo kupili dom?
PH: 2007.

[Zwiedzamy dom. We wnętrzu jest dużo nawiązań do oryginalnego wyglądu, odtworzone zostały płytki na ścianach w kuchni i toalecie na parterze, kaloryfery przypominają przedwojenne modele, chociaż nie są wiernymi replikami. Zasadą rządzącą w domu jest zachowanie wszystkiego, co się dało z detali zabytkowych i stworzenie nawiązań do modernizmu, czasem z przymrużeniem oka wszędzie tam, gdzie nie ma oryginalnych elementów. Łazienki i kuchnia mają kolorystykę eleganckiego art déco – białe z dodatkiem czarnych akcentów, ale meble i elementy wyposażenia są współczesne. Zachowane drzwi z konstruktywistycznymi klamkami, wbudowane szafy, piękne kręcone schody z oryginalną drewnianą balustradą i zewnętrzna balustrada tarasu zostały odrestaurowane.]

DH: Nie wszyscy chcą odtwarzać sposób wykończenia wnętrz, a my staraliśmy się na przykład, żeby parkiet wyglądał tak jak oryginalny [odtworzony w jodełkę, duże klepki rustykalny dąb], nie tu ma żadnych gipsowych tynków i ścianek, wybraliśmy specjalny tynk mineralny, taki jak robione przed wojną. Oczywiście był bardziej kosztowny, jego kładzenie było trudniejsze i nie jest gładki.
PH: Są chropowatości, nie ma idealnej powierzchni i tego się nie uniknie.

GHL: Czy wszystkie posadzki są nowe?
PH: Te posadzki były przegniłe, przed remontem woda wlewała się przez zapadnięty dach.

GHL: Szczerze mówiąc, zaszokował mnie stan domu na zdjęciach z 1998 roku. Nie wyobrażałam sobie, że był aż tak zdewastowany.
DH: Kupiliśmy go, kiedy już był wyremontowany.
PH: Zabezpieczony.
DH: I zniekształcony. Efekt był taki, że musieliśmy wybierać skorodowane posadzki, osuszać, izolować, zalewać betonem.
PH: Kiedy kupiliśmy go od naszego poprzednika, który zrobił ten „remont”, to się wszędzie lało, na dachu była jedna warstwa papy…
DH: W efekcie tego remontu dom był w takim stanie, że musieliśmy wszystko rozebrać. W pewnym momencie nie było okien, bo były wymieniane, nie było dachu, same ściany, jak po wybuchu bomby. „Niebo gwiaździste nade mną”. Wyglądało makabrycznie, jeszcze we wnętrzu były zbijane zagrzybione tynki. Właściciel firmy, która nam robiła remont na zewnątrz, powiedział, że za mniejsze pieniądze mógłby nam wybudować dokładnie taki dom, tylko nowy. Oczywiście nowego domu nie wybudowalibyśmy w tym miejscu… W trakcie remontu różni mądrzy podpowiadacze chcieli nam wskazywać, np. żeby przerobić strome schody do piwnicy i w ogóle przenieść je w inne miejsce. W końcu mój mąż nie wytrzymał i powiedział: „Proszę państwa – dom przyjeżdżają oglądać architekci z całego świata, uczą się studenci, czy państwo myślą, że ja i państwo jesteśmy mądrzejsi i wymyślimy coś lepszego?”. No i tak uciął dyskusję. Denerwowało nas to trochę, że my byliśmy tutaj tacy zachwyceni absolutnie wszystkim, a ktoś chciał podpowiadać, jak by tu coś zmienić. Owszem, w budynku zastaliśmy niektóre zmiany i nie rekonstruowaliśmy wszystkiego: nie odtwarzaliśmy wewnętrznych podziałów ścianek działowych pomiędzy kuchnią i służbówką, a w naszej łazience zastaliśmy już inny układ drzwi niż pierwotny. Pierwotnie było troje drzwi, co miało swoją rację bytu. Pani domu miała swoje wejście do łazienki, przejście przez nią do pokoju dzieci, a kiedy pan wracał na rauszu do domu, też mógł skorzystać z kąpieli bez budzenia dzieci i małżonki… My zastaliśmy już układ zmieniony i teraz są tylko jedne drzwi, nie ma też wanny, tylko prysznic. To bardziej odpowiada współczesnej funkcji łazienki przy sypialni. Nie jest to taka straszna ingerencja, bo układ i tak nie był oryginalny. Staraliśmy się resztę zachować.

GHL: Ale w nowym wnętrzu jest delikatne nawiązanie stylistyczne do modernizmu.
DH: Tak, tak. Chcieliśmy zrobić chociaż ukłon w stronę oryginalnych form. Zachowane są oryginalne meble, które restaurowaliśmy od stanu takiego, że nie wiem, czy ktokolwiek inny by się odważył poddawać je konserwacji. Stojący w salonie przepiękny stół był w tragicznym stanie, ale na szczęście pan konserwator mebli nam go odrestaurował i teraz ten nieduży eliptyczny stół w stylu art déco otwiera się, a jego mechanizm po rozłożeniu pozwala na to, żeby wokół swobodnie usiadło dziesięć osób. Krzesła w salonie pochodzą z różnych zestawów, zachowały się także dwa sygnowane, prościutkie, niepozorne krzesła Thoneta i elegancki okrągły stolik art déco. Kredens jest dokupiony, chcieliśmy dobrać coś, co nawiązywałoby do zachowanych mebli i charakteru domu. Modernistycznych mebli praktycznie nie ma, nie zachowały się oryginały, natomiast na współczesne reprodukcje „ikon” modernistycznych mebli po prostu nas nie stać. Stwierdziliśmy więc, że kupimy meble z tego okresu albo zachowamy te, które mamy.

GHL: Czy zachowali Państwo we wnętrzach wszystkie oryginalne detale, które nadawały się do wykorzystania? Drzwi?
DH: 90% drzwi, tylko jedne są wymienione, ale zostały odtworzone identycznie jak pozostałe, w tej chwili nawet nie umiem ich odróżnić, wykonano je z malowanej na biało sklejki. Wszędzie, gdzie się dało, zachowaliśmy klamki, jedynie drzwi wejściowe nie mają oryginalnej klamki. Ale naszą ambicją jest, żeby znaleźć gdzieś podobną i uzupełnić, ale bardzo trudno wyśledzić takie detale art déco. Przeszukuję Allegro i giełdy staroci i myślę, że mi się uda. Najprawdopodobniej oryginalne są lampy w salonie, zwrócił nam na nie uwagę konserwator zabytków i prosił, żeby je zachować, chociaż nie ma ich na zdjęciach z czasu Wystawy WuWA, zapewne są nieco późniejsze.

GHL: Ten dom był dobrze pomyślany pod względem funkcji, dużo wbudowanych szaf, przestrzeni do przechowywania sprzętów, prawda?
DH: Mam trochę innych przemyśleń na ten temat. Współczesny człowiek ma więcej dóbr, na przykład więcej ubrań, kiedyś ludzie mieli mniej rzeczy a porządnych, używanych latami.

GHL: No tak, ale były kapelusze, wachlarze, rękawiczki…
DH: Tak, ale nasz współczesny eklektyzm sprawia, że my też mamy kapelusze, wachlarze i rękawiczki, a poza tym trampki i dżinsy. Chyba sama jestem taka i taki jest mój dom: trochę starego i trochę nowego, nawet trochę drobnego kiczu i trochę rzeczy o większych walorach artystycznych…

GHL: Proszę mi opowiedzieć o Pani kolekcji porcelany.
DH: Porcelana pochodzi z Żar, przedwojennego Sorau, w tym mieście była manufaktura o nazwie Carstens.(…) Ten zestaw, który mi się bardzo spodobał, pochodzi z przełomu lat 20. i 30. Jest pewność co do tego, że wszystko jest oryginalne, ponieważ fabryka w czasie wojny została zniszczona i ograbiona, także już po wojnie nie wznowiono produkcji. Zresztą ta linia – kremowobiała prosta porcelana zdobiona delikatnie paskami złota – nie mogła być produkowana później. W czasach hitlerowskich złoto miało inne przeznaczenie niż zdobnictwo… Hitler zakazał używania zasobów złota do czegokolwiek poza celami wojennymi. Z tą porcelaną wiąże się taka historia: zobaczyłam w Internecie te filiżanki o zachwycającym kształcie w momencie, kiedy doszło do naszych pierwszych negocjacji w sprawie kupna tego domu. Negocjacje były bardzo trudne i się rwały. Ja nie traciłam nadziei i wierzyłam, że jeżeli kupię te filiżanki – a wyobrażałam sobie, że będę piła z nich herbatę na tarasie domu – to uruchomi się łańcuch pozytywnych zdarzeń… Miałam kłopoty z tymi filiżankami, wciąż ktoś przelicytowywał mnie na Allegro, ale w końcu udało się i kupiłam dwa pierwsze egzemplarze, kurier je przywiózł, przecudowne, a negocjacje w sprawie domu powoli obracały się na naszą korzyść i zdołaliśmy kupić dom. Nasze wielkie, wielkie marzenie się spełniło.

GHL: Czy dom, Pani zdaniem, musi być leciutko dekadencki? Czy tylko dekadenckie jest Pani hobby?
DH: Dom nie jest „pod sznurek”. Lubię harmonię, ale nie odczuwam przymusu, że coś ma być z określonej firmy albo któregoś projektanta czy bardzo pasować do siebie. Dom to miejsce, w którym się po prostu dobrze żyje, celebruje życie rodzinne.

GHL: Jako pierwsi pokazali Państwo, jak to może dobrze wyglądać. Mam nadzieję, że kiedy ogród będzie w pełnej krasie, kiedy dom uzyska oprawę zieleni, to będzie kompletny sukces.
DH: My też mamy taką nadzieję. Nie sądziliśmy, że współpraca z konserwatorem zabytków komuś może nastręczyć jakieś problemy. Słyszeliśmy, że jacyś ludzie są niezadowoleni z kontaktów, że im się narzuca jakieś decyzje. My akurat akceptowaliśmy się nawzajem i pan, który z ramienia konserwatora nadzorował naszą budowę, był bardzo zadowolony z naszych poczynań, a my z jego podpowiedzi, także współpraca była naprawdę bardzo przyjemna.

GHL: Ale zdaje się, że Państwo wybrali wykonawcę z doświadczeniem w zabytkach…
DH: U nas współpraca się naprawdę dobrze układała. Mamy bardzo dobre doświadczenia zarówno z konserwatorem, jak i z firmą wykonawczą. Oczywiście bardzo ważny był precyzyjny projekt rewitalizacji budynku (autorstwa arch. T. Bonieckiego). Udało nam się po prostu, bo jeszcze dodatkowo zakwalifikowaliśmy się do programu dofinansowania. Kupując dom, oczywiście nie wiedzieliśmy o tym, mieliśmy w planie jakieś nieprawdopodobne kredyty, potem nastał kryzys finansowy i nasze możliwości zmieniły się radykalnie. Chcieliśmy dobrze zrobić remont i baliśmy się, że będziemy musieli pójść na zbyt duże kompromisy. Dzięki programowi Urzędu Miejskiego dostaliśmy bardzo przyzwoite dofinansowanie na zewnętrzny remont i już nie musieliśmy nadmiernie oszczędzać. Gdyby dom nie był pod nadzorem konserwatorskim, to remont przebiegałby zupełnie inaczej. Tutaj jest na przykład taka opaska z cegły na dole [cokół]. Każda z tych cegieł była ręcznie zakonserwowana specjalną pastą. Jeśli ktoś robi remont domu, który nie jest zabytkowy, to już się tak nie pieści z detalami. Odtwarzaliśmy komin, dobieraliśmy kolor cegieł. Owszem, to skutkuje tym, że dom wygląda dobrze, ale ponieważ już robiliśmy wcześniej remonty domu, wiemy, że pewne rzeczy można zrobić z zupełnie przyzwoitym efektem taniej. Tutaj trzeba było się liczyć z większymi wydatkami, ale gra była warta świeczki. Także dofinansowanie z programu miejskiego bardzo sympatycznie nas zaskoczyło.

GHL: Właśnie, ponieważ są Państwo pionierami, to powodujecie zaciekawienie.
DH: Proszę sobie wyobrazić, że kilka dni po przeprowadzce, ubiegłej zimy, w totalnym rozgardiaszu, umęczeni okropnie zobaczyliśmy jakieś panie idące wzdłuż ogrodzenia, okien, do drzwi. Kiedy im otworzyłam, powiedziały, że chciałyby zwiedzić nasz dom. Na odpowiedź, że to jest prywatny dom, stwierdziły: „No tak, ale to jest zabytek”. „Owszem, ale prywatny zabytek”, odpowiedziałam. „Ale jest tablica, że odrestaurowany z miejskich funduszy”, wskazały na tablicę informacyjną na froncie. „Tak, ale tylko z zewnątrz”. „A kiedy możemy zobaczyć w środku?”. Chciałam się grzecznie zachować, ale bez wpuszczania uprzejmych skądinąd pań, skonsternowało mnie tylko, że ktoś pomyślał, że skoro ma do czynienia z zabytkiem, to ma prawo go zwiedzić. Kiedy wreszcie złapałam oddech, mąż powiedział, że trzeba było zaprosić panie na noc muzeów…

GHL: Czy oglądali Państwo wyniki konkursu na przestrzeń publiczną osiedla? Co Państwo o tym myślą?
DH: Nie możemy się doczekać realizacji, chociaż wiemy, że są – bo rozmawiamy z sąsiadami – różne opinie. Teraz otoczenie jest zawstydzające. Nieraz przyjeżdżają tu goście z całego świata, widziałam tu różnych zwiedzających: Japończyków i osoby anglojęzyczne, Niemców oczywiście i Czechów. Przyjeżdżają i widzą te chaszcze, walące się domy, a częściej domy zdeformowane, w których ktoś dokonał nieprzemyślanych przeróbek. Czekamy z utęsknieniem na nową przestrzeń publiczną, myślę, że to miejsce dzięki niej nabierze blasku, wszystkim będzie przyjemniej. A poza tym widzimy, jak dużym zainteresowaniem to osiedle się cieszy, jak dużo ludzi tu przyjeżdża. Moja koleżanka z pracy, mieszkająca od lat we Wrocławiu, nie wiedziała, co to jest WuWA. Przyprowadzili ją tutaj dopiero przybyli w odwiedziny Amerykanie. Mówi, że się wstydu najadła, kiedy weszli w jakieś krzaki, zza których trudno było tę WuWĘ zobaczyć; ale teraz już wie, w jak ważnym mieszkam zabytku, bo ludzie z drugiego końca świata przyjeżdżają, żeby oglądać nasze osiedle.