Tramwajowa
Dom galeriowy nr 1
O historii i stanie technicznym budynku opowiadali administrator, pan Sylwester Szkudlarek oraz mieszkańcy spotkani w budynku i jego pobliżu: pani Katarzyna Brycha, pan Edward Łyszczarz i pani Jagoda Lotz.

Galeriowiec przy ul. Tramwajowej 2 wydaje się skromną, typową budowlą z czasów gomułkowskiego socjalizmu. Tymczasem jest to jeden z eksperymentalnych budynków osiedla WuWA. Sądząc po tym, że mieszkańcy nie chcą pozbywać się mieszkań w tym domu, eksperymentem wyjątkowo udanym. Spotkani na Tramwajowej mieszkańcy opowiadają o wspólnocie, która ich łączyła, o szczęśliwym dzieciństwie spędzonym na galerii wejściowej, na której uczono się jeździć na rowerze i grano w piłkę nożną. Galerię, nie bez racji, nazywają balkonem, miejsce to często wraca w ich opowieściach. Wszyscy się znają, jak mieszkańcy małej wioski, w budynku wciąż jeszcze istnieje, tak rzadka w dzisiejszych czasach, więź sąsiedzka. Dom jest własnością wspólnoty, w której większą część udziałów mają osoby prywatne, a mniejszą gmina Wrocław. Wspólnota, po wielu dyskusjach, przystąpiła do Programu Wsparcia Konserwatora Miejskiego pomimo tego, że część prac remontowych ma już za sobą.

Sylwester Szkudlarek, administrator budynku

Grażyna Hryncewicz-Lamber: Proszę opowiedzieć ogólnie o stanie technicznym budynku.
Sylwester Szkudlarek: Dom w okresie powojennym został przeznaczony do zamieszkania, mimo że nie był do tego przygotowany. Przed wojną budynek zasilano w ciepło z centralnego ogrzewania z kotłowni przy pobliskiej zajezdni tramwajowej. Ale ta instalacja została w czasie wojny uszkodzona, więc po wojnie każdy w mieszkaniu zakładał sobie tak zwaną „kozę”. Budynek w ten sposób został mocno zdewastowany. W okresie działań wojennych kilka lokali zostało zniszczonych – przebitych na wylot pociskami lotniczymi, po czym częściowo je odremontowano. Zaraz po wojnie, ze względu na brak lokali, nie było właściwie żadnych przepisów budowlanych dotyczących bezpieczeństwa. Zakładano zatem takie ogrzewanie, jakie było możliwe, doprowadzono gaz, a budynek ten nie miał instalacji wyciągowej, żadnej wentylacji. W 1929 roku projektant zakładał, że wystarczy przewietrzanie przez okna. Obecnie jest to niedopuszczalne i to, że nie mają wentylacji wywiewnej, jest naprawdę dyskomfortem dla mieszkańców.

GHL: Wróćmy do historii. W latach czterdziestych mieszkania były zasiedlone niezależnie od stanu technicznego?
SS: Tak, zostały zasiedlone i każdy gospodarował po swojemu. Lokale zachowały pierwotny charakter, dziś w niektórych mieszkaniach są oryginalne posadzki z korka, ale niektórzy poszli z postępem i wymienili drzwi, okna, posadzki.

GHL: Proszę mi powiedzieć, jakie w budynku były robione remonty? Pewnie administruje Pan domem od kilkunastu lat?
SS: Budynek był administrowany poprzednio przez innego zarządcę, nie prowadzono większych prac. Budynek został pomalowany jeszcze w latach sześćdziesiątych, a jego oryginalny kolor, jak wynika z rozmów z mieszkańcami, był szary. Dach został częściowo wyremontowany. Instalacja kominowa z położonej na parterze dawnej pralni została na dachu zamknięta, ponieważ kominy nie pełniły już swojej funkcji, a powierzchnia dachu naprawiona. Położono papę, żeby zabezpieczyć przed zaciekaniem. Zatem troszkę odremontowano, troszkę zniszczono przy okazji.
Część rzeczy zmodyfikowano, moim zdaniem w niewłaściwy sposób, rujnując charakter tego dachu. Dach jest płaski, ale miał takie piękne wykończenie betonowego okapu z ukrytą wewnątrz betonową rynną. Utracił ten charakter po remoncie, bo powieszono wokół rynny, które szpecą dom. Dawne rynny z dachu i odprowadzenie wody z galerii biegły po elewacji. Układ budynku jest dwuczłonowy, łączony w połowie nad wejściem, tu jest dylatacja. Instalacje po obu stronach tworzą lustrzane odbicie, a w klatce schodowej po lewej stronie zrobiono szacht, w którym przeprowadzono instalacje elektryczne. Ta została wymieniona w całości trzy lata temu.

GHL: Czy zlecali Państwo badania konstrukcji, jej nośności, stanu technicznego?
SS: Nie było to potrzebne. Z zachowanej dokumentacji wynika, że jest to budowla żelbetowa, szkieletowa, z wypełnieniem materiałem żużlobetonowym w formie bloczków. Na ścianach były założone izolacje korkowe, ocieplające dom od wewnątrz.

GHL: Czy izolacje korkowe się zachowały?
SS: Częściowo. Zachowały się w tych mieszkaniach, w których nie wykonywano gruntownych remontów. Budynek sam w sobie nie jest ciepły. Jak na warunki dzisiejsze wymagałby docieplenia. Od lat sześćdziesiątych, kiedy w „Pancerniku” zbudowano wspólną kotłownię dla okolicznych budynków, dom był podłączony do centralnego ogrzewania, ale zimą z powodu złej izolacji przewodów nie było ciepłej wody, a na trawniku widoczny był ślad, osiemdziesiąt metrów podgrzanej ścieżki. Nigdy nie było ciepłej wody od razu, czasami trzeba było nawet do dwudziestu minut spuszczać zimną wodę, żeby się móc umyć. A jakie było zużycie! Trzy lata temu udało się wynegocjować z FORTUM doprowadzenie indywidualnego zasilania do budynku z magistrali wysokoparametrowej, która przechodzi przez pomieszczenia domu. Węzeł cieplny został umieszczony w dawnej suszarni na parterze. W pierwszym roku mieliśmy 30% oszczędności.

GHL: Czy wystąpiły również problemy wilgotnościowe, skoro budynek jest zimny?
SS: Od północnej strony budynku ściana jest wilgotna, nastąpiło pęknięcie i rozszczelnienie ściany. Wilgoć penetruje do środka i na pierwszym piętrze pojawiło się zagrzybienie. W tym domu, jeżeli ściana pęka, to pojawia się szczelina na całą jej grubość.

GHL: Jak grube są ściany zewnętrzne?
SS: To nie są grube ściany – do 30 cm. Dlatego wspólnota zakłada, że ta ściana POWINNA zostać ocieplona. Ze względu na charakter zabytkowy nie można mówić o ociepleniu od zewnątrz, ale planujemy docieplenie wewnętrzne, za pomocą nowoczesnych materiałów, tak żeby nie było zawilgocenia. Myślimy o specjalnych cienkich, dwucentymetrowych płytach do stosowania w zabytkach. Budynek mógłby mieć inny charakter, gdyby był wykorzystany do celów nie typowo mieszkalnych, a jako hotelik albo akademik. Nie byłoby wtedy takiej dużej wilgotności, intensywnego prania i gotowania, a te mury inaczej by pracowały. Ale mamy to, co mamy i trzeba jakoś poprawić warunki mieszkańcom.

GHL: Jacy są tu mieszkańcy? Słyszałam, że wiele rodzin zajmuje te same mieszkania od czasów tuż po wojnie. Czy niektórzy powykupywali mieszkania i połączyli ze sobą?
SS: Jest kilka rodzin, które pamiętają czasy powojenne, ale mamy tu też trochę młodzieży. Są ludzie, którzy wyjechali z kraju i sprzedali swoje mieszkania. Jeden z mieszkańców wykupił z czasem swojego sąsiada i jeszcze jedno mieszkanie, tak że ma w sumie trzy mieszkanka. Kiedy zaczął się Program Wsparcia Konserwatora Miejskiego i spotkała się z nami pani dyrektor z MKZ, powstał szum, że remont będzie drogo kosztować, ale równocześnie wiarygodności nabrały plany uporządkowania okolicy. Wszyscy wiedzą, że otoczenie będzie bardziej atrakcyjnie, że teren wystawy będzie ładny. Zapytałem wtedy, czy ktoś jest gotów sprzedać mieszkanie. Nie było ani jednej osoby chętnej do takiej sprzedaży. Ani jednej. Wszyscy się przygotowali na to, że będzie ładnie, mimo że remont może być drogi. Wierzą, że jako zarządca poradzę sobie z kosztami. W ciągu ostatnich lat przerobiliśmy instalację ciepłowniczą w taki sposób, że w sensie finansowym nie dotknęło to nikogo.

GHL: Słyszałam, że w ramach Programu Wsparcia Konserwatora Miejskiego mieliście wnioskować o dotację na remont elewacji i sprawa się urwała?
SS: W pierwszym momencie zostało zaprojektowane docieplenie tego obiektu i, jak wiadomo, urząd konserwatorski odrzucił ten wariant remontu. Teraz zleciliśmy wykonanie nowej dokumentacji, ale już pod okiem konserwatorskim. Skoro będziemy zabiegać o dofinansowanie, to remont musi być zrobiony zgodnie z oczekiwaniami konserwatorskimi. Mam nadzieję, że zdążymy z wnioskiem.

Katarzyna Brycha spod nr 16

GHL: Czy Pani się tutaj urodziła?
KB: Tak, na Tramwajowej, w domu.

GHL: Jak się tutaj mieszka? Co się Państwu, mieszkańcom WuWY, podoba, a co nie?
KB: Dużo się nie podoba. Czas najwyższy zająć się osiedlem.

GHL: Czy Państwa dom ma dużo wad?
KB: Nie ma wentylacji. Klatka schodowa jest nieremontowana. Wadą jest głównie to, że nic się nie robi wokół domu, jest brudno.

GHL: Czy była Pani na spotkaniach na temat remontów z Miejskim Konserwatorem Zabytków?
KB: Byłam na spotkaniu z panem administratorem i panią konserwator, wierzę że rzeczywiście coś się tu zrobi, bo otoczenie domu wygląda okropnie. Sami mieszkańcy nie dbają o wygląd domu: na galerii wiecznie pranie, jak w jakimś domu samotnej matki…

GHL: Bywają różni lokatorzy… Czy pojawili się tu wynajmujący mieszkania studenci?
KB: Do tej pory nie było, a teraz dwa mieszkania są wynajęte przez studentów, ale do nich nie mamy żadnych pretensji. Kiedy są Juwenalia, to może troszkę przeszkadzają. Sami lokatorzy się zmienili. Nie są tacy jak kiedyś. Starsi już wymierają, jacyś młodzi ludzie dostają mieszkania po dziadkach i rodzicach. Kiedyś było nas tak dużo, a teraz mieszka tutaj sporo osób samotnych, tak jak ja po śmierci męża. Moja córka wybudowała dom i nie chce nawet słyszeć o przyjeździe tutaj. Mówi, że budynek wygląda jak dom dla uchodźców.

GHL: Ale wielkość mieszkania dla osoby samotnej jest odpowiednia?
KB: Wielkość mieszkania tak, ale tu nie ma wentylacji. Jak byliśmy mali, zatrułam się gazem, ledwo mnie uratował sąsiad, lekarz z końca galerii. Także to nie jest jakaś rewelacja. Łazienka malutka, kuchnia taka malutka, że nawet zmywarki nie można zmieścić, mimo że mieszkanie jest po remoncie kapitalnym.

GHL: To były zawsze skromne mieszkania, prawda?
KB: Nie wiem, kto tu mieszkał przed wojną. Pamiętam jednak taką kronikę filmową, w której pokazywano nasz dom z czasów przedwojennych, a na trzecim piętrze, a może nawet na wszystkich, wisiały swastyki niemieckie. Nie pamiętam co to było, jakiś zjazd. Kiedyś chodziłam do kina po to, żeby obejrzeć kronikę filmową, strasznie ją lubiłam. A ten obraz utkwił mi w pamięci. Pamiętam też, że na początku w domu była kuchenka gazowa, od której rura wychodziła przez okno. Kaloryfery dopiero później zrobili.

GHL: Czy prowadzą Państwo życie towarzyskie w gronie sąsiadów?
KB: Nie, tylko ci starsi jeszcze utrzymują życie towarzyskie. Niedługo wszyscy jedziemy do Milicza na święto karpia. Kiedyś, jak mój mąż zmieniał samochody, to się to opijało na balkonie domowym winem. Mój mąż robił pyszne wino. A kiedy byliśmy dziećmi, to tu się drzwi nie zamykało, nie jedliśmy obiadów w domu, tylko chodziliśmy od mieszkania do mieszkania i wszędzie jedliśmy: tu kluski, tam pierogi… A jak wyszliśmy grać w piłkę, to nas było tyle dzieci, ganialiśmy po parku, a za nami dozorca! Cuda, cuda się działy.
SS: Była wtedy integracja.
KB: Było inaczej. Drzwi się nie zamykało w domu. Kraty, domofony, to kiedyś byłoby nie do pomyślenia. Teraz na stare lata przeszkadza nam to, że windy nie ma.

Edward Łyszczarz wprowadził się w latach 50. do domu na Tramwajowej i zajmuje wraz z rodziną mieszkanie na parterze. W rozmowie brał udział również jego syn, pan Zbigniew Łyszczarz.

GHL: Czy pamięta Pan, kiedy budynek został wpisany do rejestru zabytków? Czy działo się wtedy coś ciekawego?
ZŁ: Nic takiego, ja nic takiego nie
widziałem.

GHL: Po prostu ludzie nie wiedzieli?
ZŁ: Może nie wiedzieli… W budynku sprzedawano lokale i nigdzie nie jest zapisane nawet, że to zabytek. Ludzie robią remonty, wymieniają drzwi i nikt nie zwraca na to uwagi.
SS: Przecież wiadomo, trzeba będzie wyrzucić. Po co to?
ZŁ: Ale nowe drzwi zakładają.
SS: Po co? Przecież to wszystko jest do wymiany.
ZŁ: Nikt nic nikomu nie mówi.
SS: Ja mówię: poczekajcie z oknami, nie wymieniajcie ich, bo chodzi o to, żeby wszystkie ujednolicić. Okna będą zrobione na profilach, tylko żeby z zewnątrz oddawały charakter oryginalnych, które tu były przed wojną.

GHL: Czy gdzieś zachowały się przedwojenne okna?
SS: Tak.

GHL: A jakie? Podwójne, skrzynkowe okna?
SS: Tak, ale niewiele. Te okienka w piwnicy są oryginalne. Oczywiście to, że zamalowane, to ja się już przyglądałem, czy nie odczyścić. Przeszkli się od nowa, bo one nie są wypaczone, to jest w ciepłym miejscu i nic im tutaj nie brakuje. Charakterystyczne dla tych okien są gięte blaszane opierzenia, to jest niepowtarzalna rzecz i to wszystko trzeba tylko wyczyścić. Elementy drewniane są w całkiem dobrym stanie, wszystkie trzeba wyczyścić, pomalować z powrotem i będą mogły pozostać i jeszcze długie, długie lata służyć. Nowe okna na profilach aluminiowych będą z podwójną szybą… Olistwowane drewnem, listwa drewniana z zewnątrz. Na zewnątrz ma być widać drewno.

GHL: A jakie są jeszcze takie oryginalne elementy, bo wiadomo, że bardzo wiele rzeczy zniknęło?
SS: Te małe okna gdzieś w lokalach mieszkalnych na 2. i 3. kondygnacji są jeszcze oryginalne. Właśnie w lokalu
nr 15 zachowała się oryginalna podłoga kuchenna.
SS: Najwięcej o domu to by Pan mógł opowiedzieć, bo Pan pamięta czasy powojenne…
EŁ: Przedwojenne!
SS: Pan się tu sprowadził niedługo po wojnie, Pan najwięcej może powiedzieć, co jest oryginalnego i jak to było tu zaraz w okresie powojennym.
EŁ: Zaraz powiem wszystko dokładnie, bo ja to jestem tu od 1954 roku. Tu na parterze mieszkał pewien inżynier architekt, który przeprowadził się do Łodzi. Tu więcej jest takich pionierów, ci starsi powymierali, a ci młodsi, ich dzieci, zostali.

GHL: Czy w latach 50., jak Państwo się tu wprowadzali, budynek był gęsto zasiedlony i dokwaterowywany, czy każda rodzina dostawała całe mieszkanie?
EŁ: Każda rodzina miała własne mieszkanie. Wokół domu był płotek, dalej też mały budynek, obok był ogrodzony i można było przejść przez bramkę. Samochody tu nie mogły wjeżdżać, ale jeszcze nie było tu tych samochodów.
SS: Więcej zieleni było, było zadbane.
EŁ: Dookoła rosły brzoza i inne, większe drzewa, ale wilgoć przeszkadzała dozorczyni domu, która wystarała się, żeby drzewa usunięto. Żadnych dużych zmian to nie robiliśmy. Przywieźliśmy ziemię i wyrównaliśmy teren, bo przy domu były wykopy, nierówności.

GHL: A jak Państwo dostali przydział tutaj do mieszkania, czy wiedzieliście coś o tym budynku? W latach 50. był inny niż wszystkie domy w mieście.
EŁ: Nie, wiedzieliśmy tylko, że przed nami zamieszkiwali tu Niemcy. A tam było przedszkole, to co się teraz buduje. To nie było przedszkole za Niemców, tylko stołówka dla Hitlerjugend.

GHL: Znaczy obiekt wybudowano jako przedszkole, potem za Hitlera przeznaczono dla Hitlerjugend.
EŁ: A te budynki obok naszego: ten i ten mały poprzeczny to były razem budowane i one miały taką funkcję socjalną. (pokazuje)
EŁ: Tak. Wszędzie były parniki…

GHL: Już po wojnie? Co to było?
EŁ: Nie, wszędzie były przed wojną. Ludzie później, jak naprawiali dach, to zabudowali i nie ma śladu po parnikach. To były takie kominki wyglądające ze ściany, takie odpowietrzacze. Bo tu było centralne ogrzewanie.

GHL: Takie wywietrzniki?
EŁ: Tak, ode mnie jeszcze ten wywietrznik jest.

GHL: Taki otwór w ścianie u was jest na dole?
EŁ: W ścianie w pokoju i to wykorzystywane było w czasie wojny, jak jeszcze dawni mieszkańcy byli, do palenia w piecu i ogrzewania mieszkania, bo centralne było nieczynne. A w piwnicach było masę prochu artyleryjskiego. Z piwnicznych okien były wystawiane działka. A później wyrzucaliśmy proch do śmietnika za domem. Wystarczyło, żeby ktoś jakiś niedopałek… Nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy z tego, co się mogło stać.

GHL: W czasie oblężenia Wrocławia budynek nie był taki zniszczony. Jak Państwo się wprowadzili, to było jeszcze widać ślady zniszczenia wojennego?
EŁ: Nie, nie było zniszczenia, gdzieś tam pocisk przez jakieś mieszkanie przeleciał, ale poza tym to nie.

GHL: Mieszkaliście tu od lat 50. W latach 70. budynek stał się zabytkiem. Czy wiedzieliście coś wtedy o tym, że został wpisany na listę zabytków?
EŁ: Nie, nikt nic nie wiedział, normalnie przydziały odbywały się z urzędu miasta, no i każdy zamieszkiwał.

Jagoda Lotz – studentka, która wynajmuje mieszkanie w domu na Tramwajowej 2

GHL: Pani Jagoda, studentka Wydziału Architektury, mieszka od 3 lat w budynku na Tramwajowej. Jak to jest?
JL: Jak to jest… Zaczęło się od wynajmowania małego pokoiku pod osiemnastką, z siostrą. Tam mieszkało czworo studentów. Zamieszkaliśmy, nie znając się, mieliśmy osobne pokoiki, ale było bardzo przyjemnie, bo na galerii zawsze się spotykaliśmy z właścicielką mieszkania i ze sobą nawzajem, jak trzeba było porozmawiać albo się pobawić. Zżyliśmy się z naszymi sąsiadami. Dużo jest ludzi starszych, można z nimi pokonwersować. Przygarnęli nas do tej swojej wspólnoty znajomych.

GHL: Tak, wszyscy się od dawna znają, ponieważ bardzo dawno zasiedlili budynek.
JL: Mieszkają tu już długo. Są też młodsi ludzie, z nimi raczej trudno jest o kontakt, ale ci starsi są w sumie najfajniejsi. Gdy rodzina nam się powiększyła, zaproponowano nam mieszkanie pod dwójką. Jest ładniejsze, amfiladowe, więc bardziej pasuje do naszej sytuacji, już nie studenckiej. Zamieszkaliśmy w nim: ja z mężem, siostrą i jej współlokatorka. Też oczywiście okupujemy balkon. Tam jest jeszcze fajniej, bo mieszkanie jest położone na samym końcu balkonu i tam już nikt nie chodzi. Mamy taki swój ogród, tylko dla siebie. Trochę nam sąsiedzi tego zazdroszczą, ale z sąsiadami też mamy bardzo fajny kontakt. Jest to wieloosobowa rodzina i z nimi się spotykamy. Zawsze jest „dzień dobry – dzień dobry”. Bardzo sprzyja ta galeria wspólnocie, kontaktom.

GHL: A czy turyści są jakimś kłopotem dla Was, czy jest dużo turystów?
JL: Nie, turyści sobie chodzą, robią zdjęcia. Często widzę grupki, które stoją, a przewodnik opowiada, ale nie ma jakiegoś większego problemu.

GHL: Jako lokatorzy właściwie nie możecie o niczym w budynku decydować, ale czy interesujecie się ogólnie tym, co się teraz dzieje w związku z rewitalizacją WuWY?
JL: Interesujemy się, trochę ze względów zawodowych, jako studenci architektury – sąsiad mój, współlokator jest również na architekturze. Interesuje nas to, co się z tym wszystkim dalej stanie ze względu na ochronę zabytków.

GHL: A czy oglądaliście projekt przestrzeni publicznej?
JL: Tak, przejrzałam go. Wiem, że placyk przy ul. Tramwajowej ma być zagospodarowany, bardzo mi się to podoba, bo teraz nic tam się nie dzieje. Mam obawy przed tym, że w miejscu trawnika przed domem ma być parking. Tutaj jesienią, jak żołędzie spadają, to są jak ciężki grad. Samochody są poobijane po prostu.

GHL: Brakuje miejsc postojowych?
JL: Niestety tak. Nie jest to zagospodarowane teraz zbyt ciekawie, ale bardzo fajnie się patrzy na te dęby przez okno i one muszą pozostać, bo to są zabytki.

GHL: Co jest fajne w tych wnętrzach?
JL: Najlepsze są posadzki ze skałodrzewu, mamy je w sypialniach, bez żadnych dywaników i bardzo przyjemnie się po tym chodzi nawet na bosaka, bo jest to ciepły materiał po prostu.

GHL: Czy w tym pierwszym mieszkaniu pod 18 mieliście więcej zachowanych detali oryginalnych?
JL: Nie, tam już były panele. Jest tam też zmieniony układ wnętrz, bo jest zrobiony malutki pokoik w miejscu,
w którym był salon połączony z kuchnią i przedsionkiem.

GHL: Tutaj każde mieszkanie było inne, prawda?
JL: Tak, trochę pochodziłam, rysując inwentaryzację elementów budynku i rzeczywiście każde jest inne, nawet na piętrach się różnią. Nie wiem, na ile to wynika z tego, że zostały zaprowadzone zmiany przez mieszkańców.