Kosendiak
Tomasz i Marek Kosendiakowie
Rozmowa z Tomaszem i Markiem Kosendiakami, którzy od urodzenia mieszkali w domu przy ul. Tramwajowej 2.

TK: Mama i rodzice naszej mamy mieszkali w domu przy Tramwajowej od przyjazdu do Wrocławia w 1945 roku. Nasz dziadek, Władysław Nowak, został przeniesiony do Wrocławia, żeby organizować Pocztę Polską zaraz po wojnie. Po przesiedleniu ze Lwowa był jednym z pionierów Poczty. Początkowo był naczelnikiem przy ul. Boya-Żeleńskiego na Karłowicach, później na Biskupinie. Bracia mojej mamy Mieczysław i Tadeusz, którzy walczyli w czasie wojny, po zwolnieniu ze służby wojskowej też przyjechali do Wrocławia i zamieszkali z rodzicami.

Grażyna Hryncewicz-Lamber: Zastanawiałam się, czemu ludzie wybrali akurat ten dom, chociaż są w nim stosunkowo małe mieszkania. Podejrzewałam, że decydowało poczucie względnego bezpieczeństwa jego lokalizacji.
TK: Dom na Tramwajowej został chętnie zasiedlony, bo ocalały w nim szyby okienne, a i RKM-y były, i pistolety mieli pochowane w domu do ok. 1952 roku.
MK: Na balkonach…

GHL: Ktoś z mieszkańców opowiadał mi, że to na parterze w okienkach pomieszczeń technicznych były wystawione karabiny, a Panowie mówią, że na balkonach?
TK: Krążą opowieści o broni na balkonach. Po wojnie, jak nam opowiadano, przed domem były takie transzeje, szczeliny przeciwlotnicze wykopane zygzakiem, ponieważ ten budynek nie miał piwnic, a co za tym idzie – schronu. Pierwsza kondygnacja naziemna to są piwnice, tzn. pomieszczenia gospodarcze. Budynek jest położony w zagłębieniu, tak że poziom pierwszego balkonu odpowiada koronie wału Odry. Liczono się z tym, że Odra mogłaby wylać i budynek zaprojektowano tak, żeby ludzie nie ucierpieli. Ulica jest nieco wyżej od domu, ale dalej teren opada w kierunku parku. Na starych niemieckich zdjęciach widać, że te tereny pełne były stawów, później zasypanych. Za naszych czasów jeszcze istniały otwarte kanały melioracyjne z zastawami, biegnące do parku Szczytnickiego, później te rowy zakryto i teraz woda przepływa w rurach. Kiedy Dziadkowie się tu wprowadzili, okna, stolarka były dość dobre, ale metalowe drzwi do mieszkań były wyłamywane, bo Niemcy, mimo że byli wypędzani, to na klucz mieszkania zamykali. Wszystkie drzwi metalowe są do tej pory powyginane i powypaczane, ciągle coś się tam urywa. Nie było przez 50 lat żadnej porządnej konserwacji. Nie było takiego podejścia, żeby to zrobić fachowo, konserwacja drewna zrobiona w sposób amatorski to czasami więcej szkód przyniesie jak pożytku. Ramy okienne były postrzelane, elewacja poraniona kulami karabinowymi, były też przestrzeliny kulami większego kalibru.

GHL: Ktoś mówił, że tylko jedno było…
TK: (śmiech) Nie, to u nas tylko jedno było, taka przestrzelina (pokazuje), jedna albo dwie, i to na wylot – tak że były wybite drzwiczki szafek w kuchni, dziury w ścianach na wylot i okno wywalone. Przez ileś tam lat te drobne szczeliny w elewacji były niezabezpieczone.
MK: Jak w końcu zaczęli zalepiać, to był okres lęgowy, a tam były gniazda i też się ludzie buntowali, bo zalepiali te dziuple, gdzie wróble siedziały pod oknem.

GHL: Czy na początku, po wojnie, w budynku nastąpiła wymiana mieszkańców?
TK: Do ok. 1955 roku była spora rotacja.
MK: Wiemy to z opowieści.
TK: Nasz Dziadek był dobrze wykształcony, czytał po niemiecku równie dobrze jak po polsku, bo kończył szkołę średnią pod zaborem austriackim, oczywiście jeszcze przed I wojną światową. Jak tutaj przybyli, to się okazało, że w ich mieszkaniu mieszkali ludzie, którzy zostali przez Niemców chyba w lutym 1945 roku wygnani, jak organizowano Festung Breslau. Tak dużo się mówi o tym wypędzeniu, więc oni zostali wypędzeni przez swoich. Dziadkowie mieszkanie zastali umeblowane, nawet z rzeczami osobistymi porzuconymi…
MK: Walizki stały w przedpokojach, torby – rodzice opowiadali.
TK: Obrazki na ścianie, drobiazgi…

GHL: …i książki.
TK: Tak, i w tym mieszkaniu było dużo takich książek, które się nawet zachowały jeszcze, niektóre zostały porozdawane, wujkowie i bracia pozabierali trochę, ja też, pisane były gotykiem niemieckim. Dziadek to wszystko czytał, czasem dzieciom tłumaczył. Myśmy jako dzieci, pod wpływem szkolnej oficjalnej wersji historii, wszystko, co niemieckie, uważali za hitlerowskie i na przykład znaczki się zjadało. Za karę. Szczególnie jeśli była swastyka na znaczku, a była na wszystkich – bo musiała być. Znaczki się brało w zęby, gryzło i wypluwało przez rurki jako pociski, taka „zabawa” była.
MK: Darło się, różnie… W naszym mieszkaniu, nie wiem, kto tam mieszkał, były akwarele, które gdzieś chyba jeszcze mam, być może autorstwa tego mieszkańca. Były też książki o tematyce religijnej, mszały, były także opracowania historyczne, encyklopedie, „Germania”.
TK: Mieszkał tam ktoś mądrzejszy, może nawet pastor, nie wiem, nie znalazłem w spisach ludności.
MK: Prawdopodobnie się Klimek nazywał, ale nie mam pewności.
TK: Te rzeczy, które Dziadkowie zastali w mieszkaniu, zostały w jakiś sposób zabezpieczone.
MK: Spisane…
TK: …ale przyszli urzędnicy i Dziadek musiał zapłacić za wszystko: za sprzęty, za szafy.
MK: Mamy taki wykaz, masz to Tomek?
TK: Gdzieś mam.
MK: Było na przykład: fotel 5 złotych, stół 30…
TK: Jak babcia przybyła do tego mieszkania i zobaczyła te pozostawione rzeczy, to zrozumiała, że tu było dokładnie tak, jak oni zostali potraktowani we Lwowie. Dziadkowie nasi, którzy zostali wypędzeni ze swoich domów przez decyzje światowych mocarstw, które postanowiły przenieść granice państw, doskonale rozumieli tych ludzi i ich bezsilność wobec machiny historii. Mama opowiadała, że modlili się za nich, bo nie znali ich losów i nie chcieli budować swojej przyszłości na ich krzywdzie. Modlili się za tych ludzi, którzy zostali stąd wypędzeni, bo uważali, że też zostali pokrzywdzeni. Tak zresztą jak Dziadkowie czy rodzice. Krzyż, który był w pokoju na ścianie, wisiał w tym samym miejscu aż do śmierci Mamy, czyli do 2003. Dopiero teraz go przesunąłem trochę, ale cały czas jest to taki element związany z tym mieszkaniem, ponadczasowy. No i kula, która jest w drzwiach wejściowych, odłamek, który został wbity i tam siedzi, jako taki świadek.

GHL: On tam powinien zostać!
TK: On tam sobie jest i on tam sobie będzie.

GHL: Czy mieszkanie na parterze powstało później, już za Panów pamięci?
TK: Znamy to tylko z opowieści. Tuż po wojnie z tych pomieszczeń zostały usunięte miedziane kotły, a właściwie wanny, pod którymi było palenisko, od którego wyprowadzony był komin. Te pomieszczenia to były pralnia i suszarnia, przerobione później na mieszkanie. A właściwie suszarnia pozostała, dopiero trzy lata temu przeznaczyliśmy ją na węzeł cieplny. Początkowo ludzie radzili sobie, jak mogli z ogrzewaniem, wstawiając do pomieszczeń małe piecyki – kozy, bo oryginalne centralne ogrzewanie na początku nie działało. Potem centralne ogrzewanie zostało naprawione, była też ciepła woda. Był czas, że mieszkańcy prowadzili różnorodną działalność gospodarczą.W suszarni na przykład była produkcja jedwabników, w piwnicy sąsiad spod
nr 3, pan Orlik, kolejarz, stolarz i majsterklepka, miał warsztacik. Jako dzieci penetrowaliśmy całą dzielnicę, ponieważ to były inne niż obecnie czasy, urzędowaliśmy na okolicznych placach zabaw, czyli gruzach przy Chełmońskiego, przy Zoo.

GHL: Do kiedy pamiętacie gruzy?
MK: Na pewno były jeszcze w latach sześćdziesiątych.
TK: To były takie czasy, że watahy dzieci biegały z pióropuszami na głowach i łukami na stadion Ślęży, do Zoo, wokół magazynów Wytwórni Filmów Fabularnych, gdzie stał tekturowy „Rudy”.
TK: Ten dom, jak go pamiętamy, miał charakter swoistego przedszkola, bo było dużo dzieci i wszyscy się tymi dziećmi trochę interesowali. Jak któryś z nas był głodny, to dostawał jedzenie i picie w dowolnym mieszkaniu.
MK: I było jedno wejście, jedna dorosła osoba mogła nas wszystkich pilnować. Jak padał deszcz, to całe życie odbywało się na balkonie [tak mieszkańcy często nazywają galerię – przyp. red.], ja nauczyłem się jeździć na rowerze właśnie na balkonie. Trzydzieści kilka metrów długości, zadaszony… Była też rywalizacja sportowa. Kiedy przeszliśmy w późniejszym wieku z zabaw indiańskich na sport, to graliśmy w piłkę nożną. Mecze trzecie piętro kontra reszta świata czy nasz budynek przeciw reszcie świata odbywały się na boisku w sąsiedztwie, odwiedzały nas drużyny z placu Grunwaldzkiego, a nawet graliśmy ze Ślężą, kiedyś nawet zremisowaliśmy z nimi 2:2.

GHL: Czy fryzjer był tu zawsze, jak daleko sięgają Panowie pamięcią?
TK: Tak jak pamiętamy, fryzjer był zawsze, wcześniej ponoć był tu przystanek tramwajowy. Nie pamiętamy, jak to wyglądało, czy była za naszych czasów jeszcze wiata, jak przed wojną, czy już zabudowany lokal.
MK: Mamusia nasza wspominała o jakimś barze, może to było wydawanie mleka?
TK: Przy wejściu do klatki schodowej na ścianie domu z prawej strony były historyczne skrzynki pocztowe, wbudowane w murze. Przypuszczam, że gdyby ostukać dobrze mur, to można byłoby jeszcze znaleźć po nich ślady.

GHL: Któryś z mieszkańców wspominał, że na narożniku jest takie miejsce obmurowane, skąd podobno piął się winobluszcz po ścianie. Czy tak było?
MK: Tak, był posadzony w kamiennym półokręgu na rogu budynku.
TK: Winobluszcz się bardzo dobrze trzymał, dzięki chropowatości tynku i betonu. Dom był oblepiony tą zieleniną, tak samo jak Hala Ludowa. To miało swój urok, tylko że do mieszkań wchodziło, co chciało. Szczury i inne.
MK: W narożnym pokoju mieszkania na najwyższym piętrze pod nr 19 mieszkał nasz Dziadek, zmarł w 1965, poczciarz i przyrodnik z zamiłowania. Aż do jego pokoju piął się winobluszcz, przy schodkach od frontu rosły wysokie krzaki głogu. Kilka razy mieliśmy w mieszkaniu wiewiórkę, ptaszki różne, kawki. W naszym domu zdarto winobluszcz przy okazji jakiegoś malowania elewacji, może w latach 70.
TK: Teraz w ramach tego remontu WuWY chcielibyśmy zrobić wentylację, ponieważ ten budynek niestety nie ma żadnej.

GHL: Miał tak zwaną wentylację naturalną, dopuszczaną w czasach budowy domu.
TK: Tak, jeżeli okna mają takie szpary, że wiatr sobie hula, to jest jakaś wentylacja. Ogólnie należy powiedzieć, że sąsiedzi w swoich mieszkaniach mają dwa sposoby: jedni nie otwierają okien w ogóle i mają wilgoć, a drudzy otwierają okna, przewietrzają i mają sucho, ale zimno. Kiedy otwiera się okna, to przeszkadza hałas z ulicy i bardzo się kurzy. Kiedy mieliśmy jeszcze stare okna, oryginalne, byliśmy tak przyzwyczajeni do hałasu tramwajów, że nie słyszeliśmy w ogóle dźwięków z ulicy.

GHL: Czyli wymieniali Państwo okna? Jakie były oryginalne?
TK: Okna musieliśmy wymienić, bo szyby ciągle pękały i zawiasy wypadały. Oryginalne okna miały podwójne szyby, dwa skrzydła otwierały się niezależnie, a w środku był słupek, miały mosiężne i żelazne okucia. Ponoć w czasie wojny zamieniano klamki z mosiężnych na jakieś żeliwne, bo wysiłek zbrojeniowy Rzeszy był tak wielki, że potrzebowano tych klamek. Część klamek się zachowała, widocznie mniejsi patrioci nie oddali ich ojczyźnie. Te klamki były bardzo fajne.
MK: Pamiętam, kiedy chyba w 1963 roku Gomułka miał jechać odwiedzić Iwaszkiewicza, który mieszkał na
ul. 9 Maja i był wtedy przewodniczącym Rady Narodowej, administracja rozdała wszystkim na trasie przejazdu niebieską farbę i pędzle i kazała malować. Wszystkie okna mieliśmy od zewnątrz przez krótki czas pomalowane na niebiesko.
TK: Kolorystyka tutaj była przedziwna, bo każdy sobie malował, jak chciał i jaką miał fantazję. Dopiero w późniejszym czasie pani Sobótkowa spod nr 18 zarządziła pospolite ruszenie w celu malowania balkonu, aby kolor był jednolity. Inicjowała też inne prace remontowe.
MK: Raz–dwa razy w roku.
TK: Zmuszała wszystkich młodych do wzięcia w tym udziału. To znaczy nie zmuszała, a prosiła, i nie wypadało odmówić.

GHL: Bardzo się zdziwiłam tym, że prawie nikt nie sprzedał mieszkania i że tak mało ludzi wynajmuje studentom.
TK: Moja córka zajęła moje mieszkanie, a sama swoje wynajmuje studentom. Ogólnie jest tak: te osoby, które zamieszkały tutaj nawet w połowie lat 60., to są emeryci albo osoby, które mają niskie dochody. Więc co mają sprzedać? I gdzie pójść mieszkać? Niektórzy wykupili mieszkanie, na przykład jak tutaj sąsiadka, bo stwierdziła, że miasto podniesie czynsze i ją w ogóle nie będzie na nic stać, a koszt wykupu mieszkania był bardzo niski.

GHL: Ile jest w budynku mieszkań własnościowych?
TK: Obecnie 20% ma miasto, a 80% jest w rękach prywatnych.
MK: 3 czy 4 osoby mają kwaterunkowe.
TK: Ale te osoby złożyły wniosek o wykup. Ciężko takie mieszkanie teraz sprzedać, niby wygląda ono dobrze, ale ludzie patrzą i nie mają chyba specjalnie zaufania. Natomiast my nie mieliśmy zamiaru inwestować w to, bo budynek ma swoje zalety, ale ma i wady. Ciężko jednak się w nim mieszka z powodu braku powietrza, niezbyt dużych wysokości pomieszczeń i nagrzewania się tego mieszkania od góry.

GHL: No ale teraz, po remoncie, będzie trochę lepsza izolacja, prawda?
TK: Dach był przed laty remontowany, izolacja jest trochę lepsza, ale to nic nie pomogło. Liczymy bardzo na tę mechaniczną wentylację, że ona pomoże. Jeśli chodzi o wygląd budynku, to nowe rynny, szczególnie ta z przodu, szpecą dom, stare były ukryte albo prowadzone w głębi przez balkony. No i teraz konserwator zabytków zgodził się, żeby tam też były dodatkowo porobione elementy wentylacyjne, bo wydaje się to naturalne i zgodne z koncepcją domu. Cała estetyka tego budynku: bryła i tak dalej wygląda solidnie, ale tak prawdę powiedziawszy, to remont starego domu wychodzi kosztowny. Kilka tygodni temu był komunikat w telewizji, że miasto ma drugi budynek na WuWIE, który będzie remontowany. I taki komentarz: no tyle pieniędzy jest na to, takie są dotacje i tak dalej, a nie ma chętnych. Z tego, co wiem, to jest inicjatywa powiedzmy dwóch osób we wspólnocie, a najtrudniej przekonać całą grupę ludzi do takich inicjatyw.

GHL: Tak było w Waszym budynku?
TK: Tak. Żeby zachęcić ludzi do podpisu zgody na remont, robiliśmy różne dziwne rzeczy. Pani dyrektor z MKZ przychodziła dwa razy chyba, ktoś jeszcze, tłumaczyli…
MK: No dobrze, ale jeżeli ktoś wziął pożyczkę, zrobił okna, a teraz przyjdą i po 3 latach, kiedy te okna są dobre, chce mu je wymieniać i on za nie zapłaci, co prawda 30%, ale jednak, mimo wszystko to bałagan, remont, od nowa kucie… Tak to wygląda.

GHL: Oczywiście, ale ten, kto tak zrobił, niech się cieszy, że żyje w Polsce, a nie w Niemczech, bo tam by zapłacił mandat za wyrzucenie starych okien w obiekcie znajdującym się pod ochroną konserwatorską od lat czterdziestu.
TK: Dopiero teraz robimy projekt dla potrzeb remontu całego domu. A wcześniej kto tak naprawdę był gospodarzem tego budynku? Było miasto, bo miało więcej udziałów, była administracja domów mieszkalnych na Prusa, filia na Jezierskiego. Proszę popatrzeć, co oni robili – wymienili okna, drzwi, jak chcieli i mieli, każde inne. Dlaczego poprzedni zarządcy przeprowadzali takie remonty? Wymienili bramę na dole i nie wiedzieli, że to zabytek? Amatorszczyzna! Szczytem w wykonaniu ADM był remont centralnego ogrzewania. Telewizja TeDe o tym reportaż zrobiła, cały Wrocław podziwiał. Amatorszczyzna. Jeśli taki przykład idzie od góry, to ludzie nie patrzą na to i robią podobnie. Jeden wymienił okna, potem drugi, przyszła jedna firma – postawiła tak, druga postawiła inaczej. I teraz mamy kłopot, bo są na dwa różne sposoby wstawione okna i Pani konserwator zabytków co ma powiedzieć? „Te okna wywalcie, a te zostawić”? Więc mówi „wszystkie wywalmy i wstawmy wszystkie jednakowe”. W końcu trzeba zaprowadzić porządek. Jest projekt, będzie remont, będziemy pilnować. Ale trzeba zaznaczyć, że jeśliby mieszkańcy nie naprawiali domu, tak jak potrafili, to ten dom byłby dawno ruiną…

GHL: Ale wszyscy wiedzą, że to jest zabytkowy budynek, wszyscy mieszkańcy budynku wiedzą, co to jest WuWA, prawda? W jakim momencie wyście sobie zdali z tego sprawę? W momencie, kiedy pojawiały się w latach 90. opracowania historyczne o osiedlu? Czy wcześniej?
TK: Nie no, wcześniej, w okolicach stanu wojennego…
MK: Myśmy kiedyś pisali coś do szkoły…
TK: O historii domu wiedzieliśmy wcześniej, dlatego że koledzy, którzy mieli rodziców architektów, mieli ciekawe albumy, pokazywali, że była taka wystawa itd.
MK: Jak bar kawowy chcieli nam budować, to już wiedzieliśmy, a to było przed stanem wojennym, czyli to mógł być rok 1980 najpóźniej.

GHL: Czyli mniej więcej wtedy, kiedy był wpisany do rejestru zabytków.
TK: W ogóle zawsze wszyscy mówili, że dom jest powojenny… Przyszedł kiedyś rzeczoznawca wyceniać nam mieszkanie w związku z wykupem od miasta, a było to w roku 2001. Przyszedł i stwierdził od razu, że „rok budowy ok. 1960”! Mama nasza na to: „Proszę Pana, 1930 rok, myśmy się tu w 1945 roku sprowadzili”. „Nie no, Pani głupoty gada”, odparł rzeczoznawca „ja to sprawdzę…, 1930…, czyli stropy ma drewniane!” – taka wiedza na temat naszego budynku była wśród fachowców. Jaka więc mogła być wiedza wśród ludzi? Ludzie, którzy mieszkali tutaj, wiedzieli, że to jest dziwny budynek, w którym przed wojną były już kaloryfery, ciepła woda i mierniki zużytego ciepła i wody. Dla większości to jest szok, gdy się dowiedzą, że przed wojną w Ameryce były powszechne lodówki czy pralki automatyczne. Niektórzy mają jakąś tam wyobraźnię i wiedzę techniczną, niektórzy nie, niektórzy się tym interesują, niektórzy nie. Zdarza się, że nowy człowiek wprowadza się do mieszkania, nie pytając nikogo, czy to zabytek, zaczyna robić remont, wymienia sobie drzwi, maluje ściany na fioletowo. Pozostali mieszkańcy mówią: „Panie, co Pan robisz?”. „A poszli won” – odpowiada tak, jakby nie czuł, że jest członkiem wspólnoty… Ludzie są różni, najczęściej chcą widzieć świat ze swojej perspektywy.

GHL: Czy pamiętają Panowie, jak wyglądał akademik (apartamentowiec projektu Radinga) po wojnie? Bo podobno zachował się jeszcze jego oryginalny wygląd?
TK: Ja z opowiadań Mamy wiem, że tam były dosyć duże, bogate mieszkania i w czasie, kiedy się nasi Rodzice sprowadzili, to jeszcze potrafili tam ludzie chodzić na szaber, bo były jakieś obrazy i dywany. To był taki budynek apartamentowy.

GHL: Tylko że każde mieszkanie było inne.
TK: A akademik zrobili chyba w latach 60. – „Pancernik”, nie wiem.

GHL: A kiedy zabudowali na dachu tarasy? Też za Waszego dzieciństwa?
TK: Ja tego nie pamiętam.
MK: Jeżeli chodzi o ten budynek, nie przypominam sobie, żeby on od lat 60. zmienił jakoś specjalnie kształt. Ostatnio została tylko pomalowana elewacja.
TK: Plus anteny ponastawiali. Ja też nie pamiętam, żeby on był jakoś specjalnie przebudowany.
MK: To mogło być wcześniej, ja pamiętam, że zawsze to był akademik.